kasia_speedy



kasia_speedy

O mnie


Księga gości


Zdjęcia zdjęcia



Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl



Archiwum

2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj










Włącz wyświetlanie grafiki w swojej przeglądarce internetowej




Nie można wyświetlić

Sialala


Link 30.04.2011 :: 09:56 Komentuj (1)

Maj, majówka... Ciepło, słonko... 
Czas się uczyć, ale... to potem!
Korzystam z ostatnich chwil wolności i jadę nad morze. O! :)




Udostępnij



Nie można wyświetlić

Jak zwykle egoistycznie, więc o sobie


Link 18.03.2011 :: 00:54 Komentuj (1)

Kiedy coś idzie nie po mojej myśli, to się wściekam. Jakoś nie umiem przyjąć tego z pokorą i spokojem, tylko zawsze wiąże się to z masą negatywnych emocji. Taki już chyba mój na wpół choleryczny charakter. 

Ogólnie ciężko jest wyprowadzić mnie z równowagi. Powiem więcej, mimo że czasem "gotuję się" w środku, na zewnątrz potrafię zachować stoicki spokój i tym samym doprowadzić do wściekłości mojego wcześniej jedynie wkurzonego rozmówcę. Ale na niewypalające plany nie mam żadnej dozy wyrozumiałości. 

Potrzebuję sporej dawki wolności i niezależności. Bardzo nie lubię, kiedy ktoś mówi mi co mam robić. I choć wiem, że tym "kimś" jest tylko Przypadek i Pech, to najchętniej obu tych panów wykastrowałabym za to na miejscu. Dlatego kiedy okazuje się, że zamiast przez cały marzec podróżować po Polsce i Europie tak jak przewidywał pierwotny plan, każdy weekend spędzam we Wrocławiu, to dostaję białej gorączki.

Nie cierpię tracić kontroli nad własnym życiem i sprawami. Myślę, że to jedna z przyczyn, dla których nie przekraczam magicznej granicy 3 piw i mam kalendarz. To samo tyczy się planowania. Plan zawsze musiał być! Wyjazd na wakacje to spisane wszelkie numery, adres i atrakcje, lista rzeczy do zabrania zrobiona tydzień wcześniej i regularnie uzupełniana. Od jakiegoś roku uczę się popularnych spontanów. Świetnie się przy tym bawię i całkiem dobrze mi idzie, choć do teraz próbuję na szybko ułożyć w głowie jakiś plan. 

Za to w kuchni jestem baaardzo spontaniczna. Szczególnie kiedy o 15 przypominam sobie, że trzeba zjeść przecież jakiś obiad. O moim kulinarnym lenistwie i nieróbstwie można by mówić i mówić, choć zaznaczam, że nie wynika ono z jakiegokolwiek braku umiejętności gotowania!

Szczęściem w nieszczęściu tego wszystkiego jest to, że obsesyjne planowanie dotyczy jedynie mojej osoby. Ceniąc niezależność nie tylko swoją, ale też innych, staram się nie ingerować w ich decyzje i postępowanie. 

Jeżeli wiem, co będę robić jutro albo za tydzień, to czuję się... bezpiecznie. Nie potrafię tego inaczej wytłumaczyć, ale daje mi to niesamowite poczucie bezpieczeństwa i pewności tego, co będzie. A jak plan się wali, to zostaję bez ciepłej kołderki i zaczynam trochę panikować. I wściekać się oczywiście.

Stąd też prośba: Nie odwołujcie spotkań/imprez/wyjazdów na godzinę przed, bo dostaję palpitacji!




Udostępnij



Nie można wyświetlić

Śmierć bloggerom


Link 20.02.2011 :: 12:24 Komentuj (2)

Kultura blogowa`podupada. I w końcu upadnie całkowicie, bo zgodnie z darwinowską koncepcją prawa silniejszego, blogi zostaną wyparte i przeniosą się na internetowy margines. Dlaczego? Przez facebooka, twittera i innego tego typu wynalazki.

Jak to się dzieje:
Kiedy nadchodzi wena i natchnienie, blogger siada przy komputerze i stara się stworzyć z kilku wyrwanych z kontekstu myśli jakąś spójną i ciekawą całość. Tworzy akapit po akapicie, opisuje, myśli. Na Facebooku to o wiele prostsze. Zamiast umysłowego wysiłku twórczego wrzucamy na tablicę pierwszą myśl, jaka wpadnie nam do głowy i tyle. Zaraz ktoś polubi, zaraz ktoś skomentuje.

Bloga mają nieliczni. A może i liczni, ale zawsze mniej liczni niż ci, którzy bloga nie posiadają. Dlatego rzadko kiedy w człowieku wykształca się przyzwyczajenie do otwarcia codziennie właśnie tej konkretnej strony w Internecie. Na portalu społecznościowym jest całkiem inaczej. W pewnym sensie każdy z nas jest współtwórcą strony głównej czy tablicy poprzez komentowanie, wysyłanie, linkowanie itd. Dlatego czujemy się za nią odpowiedzialni i z ciekawości sprawdzamy, co tam w trawie piszczy. Raz na dzień. No może dwa. No moooże trzy. Albo wcale strony nie wyłączamy, żeby nic nie uszło naszej uwadze. A ja tam lubię znajdować charakterystyczne czerwone ikonki na FB :P

Wszystko wiąże się z potencjalnie większą liczbą odbiorców. Kto nie ma fejsa, ten praktycznie nie istnieje. Ewentualnie można poszukać go jeszcze na naszej-klasie, ale to takie faux pas. Przecież to już niemodne! Posiadanie jednego i drugiego jeszcze uchodzi, ale rezygnacja z FB na rzecz NK to wstyd.

Dodając do tego jeszcze masę innych rozrywek, które oferuje FB, Internet staje się cybernetycznym placem zabaw. Od hodowania krów i królików, przez teksty Ferdka na dziś, aż do tarota i "na ile procent zdasz ten egzamin" - istny raj!

Gadu Gadu też ucierpiało. Fejsowy czat konsekwentnie wypiera z nas przyzwyczajenie do klikania na czerwone słoneczko, kusząc charakterystycznym "pyknięciem" przy nadchodzącej wiadomości. Minus jest taki, że nie ma archiwum.

Taka kolej rzeczy. Prawo silniejszego. Idę pograć w Family Feud :D









Udostępnij



Nie można wyświetlić

Polowanie


Link 18.01.2011 :: 12:06 Komentuj (2)

Wybrałam się ostatnio na lodowisko. W sumie to sezon trwa już w najlepsze, ale jakoś się wcześniej nie złożyło. Jeździć umiem, więc problemu większego nie było, pogodziłam się z myślą, że nigdy już nie nauczę się jeździć tyłem i robić piruetów.

Lodowisko jak lodowisko. Wszyscy jeżdżą w kółko, a dzieciaki pałętają się po środku. Kierunek przeciwny do ruchu wskazówek zegara. Jako że mój towarzysz jeździł na łyżwach po raz pierwszy w życiu, z utęsknieniem czekałam, aż się wreszcie wywali. Dlatego też kiedy usłyszałam za sobą odgłos upadającego na lód ciała, z nadzieją odwróciłam się gwałtownie i tym momencie... bum! Wjechał na mnie około 14letni chłopak.

Udało mu się mnie w ostatniej chwili ciut wyminąć, dlatego przeżyłam to bliskie spotkanie, jednak on przypłacił to spektakularnym upadkiem. Oczywiście zaczęłam go przepraszać, ale kiedy się podniósł, miał w oczach autentyczną żądzę mordu. Byłam święcie przekonana, że albo dostanę w twarz, albo wyzwie mnie na jakąś solówkę. Przeprosiłam jeszcze raz i zwiałam.

Będąc po drugiej stronie lodowiska zobaczyłam go stojącego przy bandzie z rodzicami (!) i pokazującego na mnie palcem. Zamiast kumpli postanowił nasłać na mnie matkę i ojca. Nie wiem, co gorsze. W akcie paniki postanowiłam nie zbliżać się tam i poczekać, aż sobie pójdą. Faktycznie, znudziło im się czekanie na mnie i ruszyli w swoją stronę.

Ale gówniarz nie odpuścił. Postanowił zemścić się za upokorzenie go przed całym lodowiskiem i zaczął polowanie. To było straszne! Czułam się jak zwierzyna łowna! Jeździł za mną i wciąż próbował mnie popchnąć albo zajechać mi drogę. I nawet nie było szansy mu przygadać, bo zmykał tak szybko, jak się pojawiał.

Po czwartej próbie podstawienia mi haka poddałam się. Stwierdziłam, że psychicznie nie wytrzymuję takiego napięcia, mam w nosie te głupie łyżwy i wychodzę. Uciekłam przed 14latkiem. Może to śmieszne, ale wolę wspominać to jako śmieszny incydent niż historię o niezrównoważonym nastolatku, który przejechał mi łyżwą po ręce.

Boję się dzieci! :)




Udostępnij



Nie można wyświetlić

Co w trawie piszczy


Link 30.12.2010 :: 23:33 Komentuj (0)

Dawno mnie nie było, ale pokornie wracam.

Duuuużo się dzieje. Przez te 2 miesiące zdążyłam zwiedzić trochę Europy, poświętować własną okrągłą 20stkę, odwiedzić Kraków, a nawet zaręczyć się i zerwać zaręczyny na Facebooku.

Przy okazji rozkochałam w sobie pewnego Szwajcara, do tego zdarzyło mi się rozmawiać z windą w mojej klatce, no i porobić parę innych rzeczy, o które w życiu bym siebie nie podejrzewała.

Działam sobie w ESN i dzięki temu nie mam wyrzutów sumienia, że nie prowadzę żadnej dodatkowej działalności na uczelni. Co prawda z moją własną uczelnią nie ma to za wiele wspólnego, ale przyzwyczaiłam się już, że z UWr związana jestem tylko indeksem, za to całym sercem wiążę się z Polibudą. Coraz bardziej żałuję, że nie zdawałam matmy na maturze, bo może bym sobie znalazła jakiś politechniczny kierunek.

"Naście się skończyło, ale dzieścia to też miło" jak napisał Małpeczka w moich życzeniach urodzinowych. 20stka stuknęła, niektórych rzeczy podobno nie wypada już robić, ale jeszcze nie wpadłam na to, których dokładnie. Wygodniej żyć w błogiej nieświadomości. :)

Po 9 tygodniach przyjechałam na święta do domu i z ulgą stwierdziłam, że nie tęskniłam tak bardzo jak w zeszłym roku. Aklimatyzuję się. WRESZCIE.

A, po rocznych próbach znów się poddałam i obcięłam włosy. I poddałam się powtórnie kupując znów prostownicę. Ale to od dawna wiadomo, że mam słabą silną wolę.

No i tyle. Jutro Sylwester, czas zacząć robić noworoczne postanowienia.






Udostępnij



Nie można wyświetlić

Coming back to reality


Link 25.09.2010 :: 14:00 Komentuj (1)

Co tu pisać.

Smutno. Tęskno.
Masa wrażeń. Masa wspomnień.

+ 100 do pewności siebie
+ 100 do poczucia własnej wartości
+ 100 do umiejętności dobrej zabawy

Teraz tylko bolesny powrót do rzeczywistości. Wrocław czeka. Studia, do których nie mam już serca, czekają.
A ja czekam na przyszłe wakacje. Czekam z utęsknieniem.




Udostępnij



Nie można wyświetlić

United Kisses from United Kingdom


Link 30.07.2010 :: 23:04 Komentuj (4)

Anglia:
Mogło być lepiej, mogło być gorzej. Przede wszystkim w Londynie jest za dużo ludzi, a za mało miejsca. Nie jestem rasistką, ale tych chustek i turbanów na głowach to też zbyt wiele jak dla mnie.

Angielskiego za to jak na lekarstwo. Po prostu występuje tu w tylu akcentach i odmianach, że na dobrą sprawę przestaje angielski w ogóle przypominać.

No i te ich krany przeklęte! W każdej umywalce są dwa: jeden z wodą lodowatą, drugi z prawie wrzątkiem. I weź tu, człowieku, ręce umyj! Toaleta też inna. Zamiast spłuczki to klamkę w kibelku mają .

Nie wspominam już o jeździe pod prąd. Na szczęście wszelkie oznaczenia drogowe są tu przystosowane także dla debili i obcokrajowców - przy przejściu dla pieszych na drodze napisane jest, w która stronę trzeba się spojrzeć ;] "Przejście dla pieszych" to za dużo powiedziane, bo pasów nie uświadczysz.

Różnica czasu to akurat zaleta, godzina w zapasie zawsze się przyda.

Jedzenie - paskudztwo!! Chleb, który można żuć jak gumę, czerwona masa mająca robić za dżem, czy mleko, które krowy na oczy nie widziało. Tłuste to społeczeństwo potwornie, każdy kęs im w tyłki idzie. Na szczęscie znalazłam już polskie sklepy.

Wszyscy ciągle pytają: How are you? A ja nie mam już pomysłów na różne warianty odpowiedzi Fine, thank you. Polskim zwyczajem wypadałoby trochę ponarzekać, ale trzeba przecież stereotypy łamać.

A no i rachunków za prąd nie płacą. Tylko sobie kartę doładowują. Tak jak my telefon na kartę. Właściwie to sprawiedliwe rozwiązanie: doładujesz - surfujesz w sieci, nie doładujesz - ni ma komputera!

Na plus jeszcze dodam, że ludzie tutaj są bardzo uprzejmi. Nie ma polskiego odwracania głowy, kiedy widzi się kogoś znajomego. Tutaj będą za tobą wołać, aż się odwrócisz. Powiedzą hi czy bye nawet jeżeli cię nie znają, ale wiedzą, że pracujesz tam, gdzie oni. Zawsze życzą miłego dnia.

Dużo tych różnic między nami a nimi. Zdecydowanie wolę nas, ale obserwowanie Anglików sprawia mi niezwykłą przyjemność. Czuję się jak zoolog w dżungli - podpatruję, zapisuję i zastanawiam się dlaczego tak, a nie inaczej.

O Polakach w Anglii następnym razem, bo też jest o czym pisać.




Udostępnij



Nie można wyświetlić

Jak się zdaje egzaminy


Link 23.06.2010 :: 23:58 Komentuj (1)

Bo na WPAiE we Wrocławiu najważniejsza jest procedura! Formalizm, formalizm i jeszcze raz formalizm. Uczcie się, przyszli prawnicy, że nie ma papierka - nie ma o czym gadać! Nie ma indeksu - nie ma egzaminu.

Dzień z życia studenta: egzamin

Przychodzisz na 12.45, ale profesor stwierdza, że jest za mało ludzi i połączy grupy. Czekasz więc do 14.00. Wchodzisz, zajmujesz miejsce wśród znajomych, żeby dodali choć trochę otuchy przed tym nieszczęsnym początkiem nieszczęsnego końca .

Zbyt piękne, by było prawdziwe. - Rozsiadamy się! Tworzymy pionowe rzędy! Robimy dwa krzesła odstępu! - krzyczy prof. Jedno wielkie zamieszanie, nie popuści ani jednaj osobie. Dyscyplina musi być!

Teraz kilka informacji: kto nie ma indeksu, ma opuścić salę. Kto nie ma zaliczenia, do widzenia. I tutaj uwaga - ze czterech inteligentnych salę z tego powodu opuściło. Ble, ble... zakaz korzystania z pomocy... ble, ble ... wyniki w czwartek.... ble,ble... poprawka kiedyś tam... ble, ble, ble....

Potem szybki kurs origami - profesor pokazuje, jak się składa kartkę na 4 razy. ...poprawiamy linie zgięć, wkładamy do indeksu...

Czas łączny: 30 minut

3... 2... 1... START!!  50 pytań w 30 minut.
3... 2... 1... STOP!!   Tworzymy łańcuch, podajemy prace od góry! Jeżeli kogoś ominie jego kolejka, to praca nie zostanie przyjęta!

Myślałam, że poszłam na studia a nie do wojska. Baczność!




Udostępnij



Nie można wyświetlić

o_Okularnica


Link 23.06.2010 :: 23:04 Komentuj (3)

Wstałam ostatnio rano i poczułam, że coś jest nie tak. Oprócz tego, że jak zwykle w nocy zgubiłam poduszkę, coś jeszcze mi nie pasowało.

Sesja ruszyła pełną parą, więc praca umysłowa wre. Tak bardzo, że człowiek zasypia i budzi się z książką w ręku. I zapomina zdjąć soczewki na noc.

Bolało, piekło, swędziało. Zaczęłam majstrować przy mym nieszczęsnym oku, bo nie mogłam wyciągnąć tej głupiej soczewki. Nie chcąc tracić cennego czasu na szukanie lekarza na dzień przed egzaminem, przetrzepałam Internet i wypróbowałam wszystkie sposoby na znalezienie tego paskudztwa w bardziej czerwonej niż białej już otchłani mego oka. Przykleiła się, dziadówka, do powieki od wewnątrz!

Pod wieczór przestraszyłam się nie na żarty. Spuchło to wszystko, wyglądałam jak pobita. Więc hop na rower i w poszukiwanie lekarza. Kocham służbę zdrowia! W dwóch miejscach po tym, jak tylko powiedziałam "dzień dobry", zostałam opieprzona, że REJESTRACJA JUŻ SIĘ SKOŃCZYŁA, PROSZĘ MI GŁOWY NIE ZAWRACAĆ!! Do ciemnej głowy pani w bieli nie docierało, że chcę tylko dowiedzieć się, gdzie jest oddział okulistyczny.

Po 3 godzinach skończyło się na ostrym dyżurze i zapaleniu spojówki. Co prawda dr Doug'a  Ross'a tam nie było, ale mój doktorek też był całkiem całkiem :D

Dostałam antybiotyki, które mają skutek uboczny - średnio jedna na tysiąc osób odczuwa pieczenie i łzawienie. Tak więc czuję się bardzo wyróżniona popłakując jednym okiem od dwóch dni.

Pozdrawiam
Od poniedziałku Okularnica




Udostępnij



Nie można wyświetlić

Z cyklu: Język polski dla Polaków, nie buraków


Link 22.05.2010 :: 12:39 Komentuj (0)

Strasznie mnie wkurza jak ktoś mówi: Nie chce mi się wydawać kasy. Tylko żeby mnie nikt źle nie zrozumiał, nie chodzi o to, czy ktoś ma pieniądze, czy nie.

Mówi się: Nie chcę wydawać kasy, mam teraz inne wydatki itd. Przecież pieniądze nie są ani ciężkie, żeby to wydawanie wymagało jakiegoś fizycznego wysiłku, ani nieprzyjemne, żeby budziło jakąś odrazę.

No chyba że to jakiś wyznacznik super lenistwa, ktoś jest tak leniwy, że nawet pieniędzy nie chce mu się wydawać. Aczkolwiek z taką sytuacją się jeszcze nie spotkałam.

To tyle z mojej dziennej dawki irytacji.




Udostępnij